Po pięciu latach znów zawitałam w Sopocie. Poprzednio sprowadził mnie tam koncert Lady Gagi, a więc za wiele nie zobaczyłam, prócz sopockiego mola i Ergo Areny. Po tamtej wizycie niestety skończyłam chora. Tym razem było nieco inaczej, bo spędziłam tam trzy dni i pogoda spisała się na medal. Prócz koncertu Lennego Kravitza przespacerowałam się trochę ulicami Sopotu i oczywiście nie mogło zabraknąć zdjęć na słynnym molo! Zdecydowanie uważam to miasto, za jedno z piękniejszych nadmorskich miast i będę starać się wpadać tam częściej, nie tylko na koncerty :D


spódnica - Stradivarius
bluzka - TH
buty - Nike
wisiorek - restyle
bransoletki - AgnesArt, nn
   Nareszcie wróciłam z 10-dniowej wyprawy po północnej części Polski! na szczęście już nigdzie na długo nie wyjeżdżam. Jedynie do Poznania odwiedzić koleżankę, a ostatni tydzień sierpnia będę pracowała przy koncertach. Nie mogę się doczekać! :D
   Moim pierwszym postojem były Mikołajki i to właśnie stąd mam dzisiejsze zdjęcia. Następnie pojechałam do hotelu SPA koło Ostródy na mały relaks w ciszy, a uwierzcie, że w mazurskiej miejscowości hałasu było dużo. Najgorsza była zdecydowanie muzyka czy wszelkie dyskoteki do późnej nocy, a hałas się niósł strasznie, bo miałam hotel na środku jeziora (którego z resztą nie polecam, ale to inna sprawa :P) Trzecią stacją był Sopot i następny post będzie prosto z sopockiego mola.

   Mam nadzieję że zdjęcia Wam się spodobają! Niestety jedynym problemem były przebłyski słońca spośród liści drzewa, mimo iż zdjęcia robiłam o dość późnej porze, a znalezienie cienia na terenie hotelu graniczyło z cudem.


szorty - JessicaBuurman
bluzka - Primark
buty - Adidas
bransoletka - encepence
W tym poście opiszę Wam mniej-więcej jak wyglądał mój pobyt w UK, dlaczego tam pojechałam i co tam robiłam. Ciekawi? To zapraszam do lektury!

   Celem mojego wyjazdu była przede wszystkim nauka języka angielskiego, a raczej podszkolenie go przez zbliżającą się maturą (o zgrozo, to już w maju!) Chciałam polecieć na 2 tygodnie sama, mieszkać w collegu jak te z filmów i mieć zajęcia na uczelni nie dłużej niż do 15 - jestem zdania, że lepiej nauczę się języka 'na mieście', gdzie faktycznie wszystko może się zdarzyć niż siedzieć w klasie przez ileś godzin. Początkowo miał być Oxford, ale ostatecznie zmieniłam na Cambridge, ponieważ polecono mi tam uczelnie jak i samo miasto, a dodatkowo łatwiejszy dojazd jest właśnie do Cambridge.
   Wybrałam Homerton College, a na zajęcia chodziłam do Bell University, gdzie wykupiłam pakiet z 20 godzinami angielskiego tygodniowo. Zajęcia miałam od 9-15:15 w dni robocze, a weekendy miałam wolne.
Pierwszego dnia musieliśmy zdać testy z pisania, czytania i słuchania żeby trafić do odpowiedniej grupy z odpowiednim poziomem. Trafiłam na klasę z 12 osobami w różnym wieku i z różnych części świata, choć muszę przyznać, że najwięcej było ludzi z Włoch, co mnie troszkę irytowało, ale mniejsza z tym. Podczas mojego pobytu poznałam jedną Polkę, ale tylko jedną i nie była w mojej grupie, więc musiałam ciągle używać angielskiego, co w sumie wyszło mi na dobre. Nauczyłam się wielu różnych rzeczy i mam na myśli nowe słówka, gramatykę czy nawet slang angielski.
   Jeśli chodzi o miejsce mojego zamieszkania... miałam pokój jednoosobowy, bo w sumie tylko takie są dostępne w collegach, z prywatną mini łazienką. Pokój był naprawdę niewielki, ale za to przytulny i przede wszystkim czysty. Zawiodłam się jedynie na jedzeniu, bo było naprawdę okropne i tłuste. Ja doskonale wiem jak wygląda tradycyjne jedzenie angielskie, ale spodziewałam się chociażby świeżych warzyw - możecie się śmiać, ale do świeżych warzyw miałam dostęp w Subwayu za rogiem :P
Na śniadanie do wyboru dwa rodzaje szynki i sera żółtego, croissanty, bułki z ciasta francuskiego z czekoladą, jakieś inne bułki na słodko i coś a'la bagietka. Do tego tosty, jogurty i margaryna albo słone masło. Drugie śniadanie jadłam w Bell, tak samo jak lunch, a obiadokolacje u siebie. W weekendy nie miałam wyżywienia, więc musiałam chodzić do okolicznych knajpek.

(wybaczcie, ale na stołówkę nie chciałam chodzić z aparatem, a pokój był zbyt mały, żeby obiektyw objął jego większy fragment :P)
   Codziennie popołudniu na kanapach na dole siedzieli nasi opiekunowie, a przynajmniej to jest najlepiej pasujące słowo. W dniu przyjazdu oprowadzili mnie po college'u, a na co dzień służyli nam pomocą - mi np pomagali szukać Primarka, bo miałam problem ze znalezieniem i dopiero za trzecim razem trafiłam :D Dodatkowo, za każdym razem kiedy miałam chęć wyjść poza teren akademika, musiałam wpisywać się do specjalnej książki z numerem pokoju i godziną wyjścia i przyjścia - w końcu był to akademik też dla osób niepełnoletnich, ale ogólnie zasady panujące tam zupełnie mi nie przeszkadzały.


   Samo miasto było mniejsze niż Warszawa, co sprawiło, że poruszanie się pieszo po mieście, a także komunikacją miejską nie było trudne. Cambridge bardzo mi się podobało. Małe, ciche, uniwersyteckie miasteczko. Ja na pewno wracam tam w następne wakacje!


W poprzednich postach mogliście zauważyć nieco krótsze włosy. Niestety byłam zmuszona ściąć zniszczone końcówki przed wyjazdem do Anglii, co prawda nie aż tyle, ile się wyszło, ale jednak. Ogólnie mam bardzo gęste i grube włosy, które non stop się plączą, co równoznaczne jest z ogromnymi trudnościami w rozczesaniu ich i nawet szczotka Tangle Teezer nie zawsze jest w stanie poradzić sobie z moimi włosami.
Z pomocą przyszedł mi salon fryzjerski Dea Atelier, w którym wykonano na moich włosach zabieg regeneracyjny z użyciem ognia. Jest to całkowicie bezpieczne dla naszych włosów i o wiele lepsze rozwiązane od tradycyjnego podcinania włosów. Ogień spala rozdwojone, suche końcówki, pozostawiając pozostałe włosy w o wiele lepszej kondycji - włosy są miękkie, gładkie i lśniące. Efekt możecie zobaczyć na zdjęciach, na samym dole posta :)

Podsumowując ; na pewno nie wrócę już do podcinania włosów nożyczkami - ostatnia wizyta mająca na celu ścięcie kilku cm zniszczonych końcówek skończyła się ścięciem ok. 10cm włosów. Także jeśli też boicie się stracić więcej cm u fryzjera niż planowaliście, a chcecie pozbyć się jedynie rozdwojonych końcówek, to powinniście spróbować 'ogniowej metody' :))

Jak pewnie zauważyliście, bliżej mi do neonowych ubrań niż do pastelowych. Dzisiejsza stylizacja to mix ciuchów w intensywnych kolorach, które lubię najbardziej - granatowy, fioletowy i moja ostatnia miłość, fuksja. Dla odmiany postanowiłam dodać dziś kolorowe zdjęcia, bo poprzednie były dość surowo przerobione. Nie mogę się zdecydować, którą wersję wole, a jakie jest Wasze zdanie? :)

pics Ola

koszulka - Forever21 %
spódnica - Es-colletion
bransoletki - AgnesArt, Lilou
trampki - Converse %
torebka - Longchamp
Wróciłam! Jak to dobrze być wreszcie w domu. Co prawda w Cambridge było świetnie, ale jednak własny dom i własne łóżko, to co innego. Na temat mojego pobytu tam przygotuję jeden, dość obszerny post, ale to dopiero za kilka dni. Dziś mam dla Was ciuchowy post. Nawet nie wiecie jakie to uczucie móc znów nosić szorty i nie dźwigać swetra, po dwóch tygodniach deszczu i zimna.

pics Ola

tunika, naszyjniki - TopShop
szorty - Oasap
okulary - Firmoo
buty - Adidas Superstar
pierścionki - H&M
Technologia Blogger.